Używamy Cookies w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Dalesze korzystanie z tego serwisu oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Dowiedz się więcej o naszej polityce prywatności

x

22-24/10/2015

Bartek Wąsik / fot. Bartek Szmigulski
GaleriaBartek Wąsik / fot. Bartek Szmigulski

Kajetan Kurkiewicz
Muzyka Arvo Pärta na festiwalu Nostalgia. Bartłomiej Wąsik: Melancholia dobrze działa
"Gazeta Wyborcza", Poznań, 17.10.2015, wywiad z Bartkiem Wąsikiem
 

- Mam w sobie dużo melancholii i nostalgii, a ta muzyka bardzo na mnie działa - mówi pianista i aranżer Bartłomiej Wąsik przed dwoma koncertami z muzyką Arvo Pärta na festiwalu Nostalgia.

Kajetan Kurkiewicz: Mówi się, że Arvo Pärt inspiruje muzyków poważnych, twórców muzyki filmowej, nawet rockmanów. Czy jego twórczość jest bliska także tobie?

Bartłomiej Wąsik: - Pierwszy raz muzykę Arvo Pärta usłyszałem w filmie "Niebo" Toma Tykwera. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. To był "Spiegel im Spiegel" - utwór często wykorzystywany w filmach i "Für Alina". Zresztą oba utwory zagram w Poznaniu.

To chyba zgoła inna rzecz, niż to, z czego jesteś najbardziej znany - interpretacje muzyki ludowej w duecie Lutosławski Piano Duo, czy z zespołem Kwadrofonik.

- Nie zastanawiam się, na ile to jest różne. Mam w sobie dużo melancholii, nostalgii, a ta muzyka bardzo na mnie działa. "Spiegel im Spiegel" zawsze będzie utworem, wobec którego nie przejdę obojętnie, nawet jeśli grałbym go 1000 razy pod rząd.

Muzyka Arvo Pärta, to jak działa na człowieka, jest bardzo inspirujące. Staram się to także pokazać w swoich kompozycjach. Nawet w "Nowej Warszawie" nagranej ze Stasią Celińską - nie mówię, że słychać tam Arvo Pärta, to byłoby przecież bez sensu - ale starałem się oddać ducha, którego znam z jego muzyki.

No właśnie. Często podkreśla się, że to muzyka bardzo uduchowiona, mistyczna.

- Myślę, że na tym polega trudność, jeśli chodzi o jej wykonywanie. Kilka lat temu Andrzej Bauer, wiolonczelista najwyższej klasy, z którym zagram także w Poznaniu, zaprosił mnie, byśmy w Filharmonii Narodowej zagrali dwie kompozycje Arvo Pärta - "Fratres" i "Spiegel im Spiegel". Wtedy towarzyszyło nam ogromne wzruszenie. Czuliśmy odpowiedzialność, by na krysztale, którym jest ta muzyka, nie zrobić żadnej rysy. Nie chodzi jednak o to, że czyha w niej niebezpieczeństwo, że można się pomylić, trafić w zły klawisz. Wydaje mi się, że idealny klimat jego utworów jest wielkości kropki. Chodzi więc o to, żeby trafić w ten punkt i nie przechylić w stronę kiczu albo sentymentalizmu.

Sam Pärt chyba tego nie ułatwia. W interpretacji swoich dzieł pozostawia za to dużą swobodę.

- To prawda. Na przykład w utworze "Spiegel im Spiegel" w wersji na wiolonczelę z fortepianem. Tempo jest tam określone mniej więcej, nie ma też żadnych sugestii co do dynamiki. A to one wytyczają szlak dla interpretowania takiej muzyki. Trzeba się więc zastanowić, "co ja chcę osiągnąć". Bo zagranie tego obojętnie, "sucho" sprawi, że wszystko będzie martwe.

Mam jednak wrażenie, że jeśli muzyk, wykonując te utwory, za bardzo je przeżywa, to jest niebezpieczeństwo, że te przeżycia nie trafią do publiczności. Muzyk "zrobi sobie dobrze" na scenie, a publiczność będzie siedziała niespełniona.

(...)

Czy uda się dojść do tego, co sam kompozytor nazywa "Tintinnabuli" - jego swoistego stylu muzycznego?

- Jego stylu szukam, staram się dojść do pewnego wzoru. Czy on istnieje? Chyba tylko Arvo Pärt może wiedzieć. Przychodzą momenty, że już to mam, ale kiedy chcę to złapać, wymyka mi się. To cały czas jest gonienie króliczka.

Wszystko tak naprawdę okaże się na koncertach. Jestem ciekaw, jaki będzie ich klimat. Bo to suma wszystkiego. Ważna jest reakcja publiczności. Czy ziewa, czy się nudzi. Są momenty, że zarzuca się na słuchacza wędkę. Jeśli haczyk wpadnie w ucho, to powstaje napięcie, które bardzo inspiruje do tego, by zagrać jak najpiękniej.

Cały tekst: Gazeta Wyborcza, Poznań